niedziela, 1 czerwca 2014

Rozdział 4

wspominałam, że to jest trzecia wersja książki?
jeśli tak, to teraz wspomnę, że od około 5 lub 6 rozdziału zacznę mieszać wszystkie trzy pomysły.
być może wyjdzie jeden wielki mindfuck, ale wszystkie trzy mają w sobie coś zbyt fajnego D:
jakoś tak wyszło xD

***

  Weszłam po cichu do mieszkania. Musiałam się spieszyć, bo Jennifer w każdej chwili mogła wrócić. Nawiasem mówiąc, moja matka poszła nakarmić naszego psa.
  Na palcach obeszłam cały parter, zajrzałam nawet do piwnicy, ale nic nie znalazłam. Przeniosłam się na pierwsze piętro. Nic. Spojrzałam w górę schodów prowadzących na strych. Zostały jeszcze tylko dwa pomieszczenia i były one właśnie tam, na poddaszu. Chwyciłam się poręczy i powoli stawiałam kroki w miejscach, które nie trzeszczały. Dotarłam na szczyt schodów. Przed sobą miałam dwoje drzwi. Pchnęłam delikatnie te po lewej, w kolorze ciemnego różu. Nic nie zmieniło się w pokoju dwunastoletniej Victorii. Jak zwykle był słodko różowy, a mi jak zwykle na ten widok zrobiło się niedobrze. Wychodząc z pokoju, zostawiłam drzwi otwarte, aby wywietrzyć trochę ten słodki zapach. Stanęłam przed ciemnoczekoladowymi drzwiami. Ostatnie pomieszczenie. Nie musiałam się już martwić. Miałam zamiar przeszukać go jak najgłośniej. Otworzyłam drzwi z hukiem i wpadłam do swojego pokoju, rozglądając się niespokojnie. Wszystko było porozrzucane. Moje ciuchy, książki, zeszyty, płyty. Wszystko leżało na podłodze. Nawet ściągnięto z łóżka koc, kołdrę, poduszkę i prześcieradło. Reszta domu była nienaruszona, więc czemu tylko mój pokój? Odwróciłam się przodem do ścianę obwieszonej moimi rysunkami, plakatami i tekstami. Były przewieszone. Pomieszali je. Ktoś je przewiesił. Próbowałam przypomnieć sobie jak wisiały wcześniej. Powoli, powoli przypominałam sobie obraz ściany poobwieszanej kartkami. Zamknęłam pokój na klucz od środka.
  -Idę spać, Jen! Dobranoc! - zawołałam słysząc, że matka weszła na piętro. Odpowiedziała niemrawo coś o tym, że jedzie odebrać Victorię i Marka, ale ja już zajęłam się przewieszaniem obrazków. Kiedy wieszałam ostatnią kartkę, coś stuknęło w moje okno. Zamarłam z kciukiem przyciśniętym do pinezki. Szybko wykalkulowałam, że mam po ludzku przewalone. Ani Jen ani Chada nie było w domu. Tak na dobrą sprawę byłam tylko ja i mój pies, który mieszka na podwórku. Odetchnęłam głęboko i mrucząc coś na wzór 'raz kozie śmierć' podbiegłam do okna i wyjrzałam przez nie przestraszona. Niczego ani nikogo nie zauważyłam. Odwróciłam się z powrotem do ściany z obrazkami i już chciałam do niej podejść, ale zatrzymałam się w pół kroku. Włamywacz musiał być wyjątkowo sprytny. Po przewieszeniu wszystkich kartek na swoje miejsce, powstał napis. Niedoszły napastnik musiał wiedzieć, że nienawidzę jak ktoś przestawia coś w moim pokoju. Oddaliłam się od owej ściany najdalej jak mogłam. Dopiero wtedy ukazało się moim oczom dzieło włamywacza. Poruszyłam ustami, czytając po cichu słowa wypisane na ścianie.
  -'Chcesz mieć więcej zabawy?' - wysyczałam po raz kolejny. Wtedy mój wzrok padł na strzałki, które początkowo wzięłam za przypadkowe maźnięcia farbą. Były dwie. Długa i krótka. Pierwsza wskazywała miniaturowe zdjęcie przystanku, przy którym znaleziono martwą kasjerkę. Druga kończyła się na prowizorycznych drzewkach namazanych naprędce krwią. Poznałam ten kolor zasychającej krwi. Widziałam ją nieraz i jak się spodziewałam, zobaczę ją jeszcze wiele razy.
  Rozejrzałam się po pokoju. Otworzyłam szafę i wyciągnęłam z niej plecak, którego już nie używam. Podeszłam do ściany i zrywając po kolei każdą kartkę, wpychałam ją do tornistra. Kiedy już się z tym uporałam, zapięłam zamek i wrzuciłam plecak do szafy. Odetchnęłam z niejaką ulgą. Podeszłam do okna i wyjrzałam powoli na podwórko. Niczego ani nikogo nie było widać. Zadowolona otworzyłam okno na całą szerokość i wystawiłam twarz na podmuch świeżego, październikowego powietrza. Przymknęłam oczy, wsłuchując się w odgłosy podwórka. Szum liści pobliskiego dębu, ciche trzeszczenie jego konarów, odległe wycie wilka, szum wiatru, przejeżdżający pod moim domem samochód, znów wycie wilka, motocykl jadący bocznymi drogami, wycie wilka... Moment. Co? Ok, wiem, ze w tym lesie są wilki, ale kurde. Ile ich tam, do cholery, jest? Machnęłam na to ręką, wierząc, że w domu jestem bezpieczna i poszłam się pakować. Wsadziłam do pokaźnej torby dużo ciuchów, bieliznę, szczotkę, szczoteczkę do zębów, ładowarkę, słuchawki i ulubioną, małą poduszkę. Uniosłam torbę. E tam. Bywała cięższa. Spojrzałam na podziurawioną pinezkami ścianę. Nie miałam się czym przejmować. Kilka dni będę z dala od tego psychola, który mnie w to wciągnął, spojrzę na to z pewniej perspektywy i może rozwiążę tę zagadkę. Westchnęłam głośno. Rozwiązałam włosy, przebrałam się w szarą koszulkę i padłam na łóżko. Jedyne czego teraz chciałam, to spać. Owinęłam się kocem i kołdrą jak naleśnik. Prychnęłam rozbawiona. Patrzcie państwo. Jestem serem, dżemem czy jeszcze jakim innym nadzieniem. Oh. Zaraz potem uśmiech mi zrzedł. Wycieczka. Kilka dni z tymi wszystkimi zboczeńcami i debilami, bo moja paczka dziwaków nie jedzie ... prawda? W tym momencie usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi i kłótnię mojego 'rodzeństwa' zagłuszaną upomnieniami Jen. Podniosłam się na kolana i zamknęłam okno. Przekręcając klamkę spojrzałam w ciemność czającą się zaraz za światłem latarni ulicznej. Z dala od tego czegoś. Cóż... Wolę ponudzić się jak trzydziestoletni pedofil w liceum, niż co noc mieć schizy, że to coś z mojego snu naprawdę pojawi się pod moim oknem. Położyłam się z powrotem dziwnie spokojna. Uśmiechnęłam się pod nosem. Oto jak świadomość obecności drugiego człowieka może uspokoić. Jeszcze kilkanaście minut rzucałam się po łóżku, ale w końcu i tak zasnęłam.
*
  W środku nocy usłyszałam ciche skrzypienie łóżka. Ugh. Jakoś tak mi ciężko oddychać. Wymruczałam coś jak 'spadaj' przewracając się na brzuch. Po chwili ciężar znikł. Usłyszałam cichy trzask. Zignorowałam to sądząc, że to tylko przeciąg, ale zaraz poderwałam się do góry. Wyraźnie czułam, że ktoś mnie przytulał. Słyszałam też uderzenie okna o framugę. Nadal było otwarte. Zamykałam je. Kurde. Co. Się. Dzieje. Ktoś tu był. Zaraz oszaleję. Poderwałam się, by zobaczyć kto był włamywaczem, ale na podwórku dostrzegłam tylko wysokiego, postawnego mężczyznę o blond włosach palącego papierosa. Stał przy bramce mojego sąsiada. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się i uniósł dłoń, pozdrawiając mnie. Położyłam się, zamykając uprzednio okno. Byłam pewna, że dziś już nie zasnę.
*
  A jednak zasnęłam. Spojrzałam na komórkę. Miałam jeszcze dwie godziny do podjechania pod szkołę i zapakowania tyłka do autokaru. Ugh. jak najszybciej umyłam się, ubrałam i napisałam do Jen notkę z wiadomością, że wyszłam wcześniej. Szybko. Muszę się stąd zmywać. Ktoś czegoś chce, ale nie od mojej rodzinki, tylko ode mnie. Ahh. Muszę spadać stąd jak najszybciej. Z dość ciężką torbą na ramieniu wypadłam z domu i ze słuchawkami na uszach, odeszłam od bramy szybkim krokiem. Zamiast w pół godziny, dotarłam na przystanek w 15 minut. Spojrzałam na zegarek, a potem na rozkład. Po chwili znów zerknęłam sprawdzając godzinę na komórce, gdyż iż zapomniałam która jest. Klapnęłam na ławkę z ciężkim westchnięciem. Rozglądałam się dookoła, rozmyślając o tym co zdarzyło mi się do tej pory. Kurczę... Ktoś podstawia mi pod nos dwa, jeszcze ciepłe, trupy, włamuje się do mojego pokoju i zamiast coś ukraść, pisze mi na ścianie 'czy chcesz więcej zabawy?' Życie, czemu mi to robisz? O, fajny samochód. A tak w ogóle to czemu ten ktoś mnie tak nachodzi? Zimno mi. Pomyślmy. Ok, nie jestem zbytnio lubiana, mimo iż przeniosłam się tu dopiero dwa miesiące temu.. Dobra. Spójrzmy prawdzie w oczy. W ogóle nie jestem lubiana, ale kurde... Czy niebo zawsze było takie niebieskie? Nie wiedziałam, że są ludzie, którzy aż tak mnie nienawidzą.
...
Nie. Wcale nie jestem rozkojarzona.
  Dwie minuty do nadjechania autobusu. Moment. Uno momento czy jak to tam się pisze, wymawia i śpiewa. Czy to co ja widzę, to przypadkiem nie jest Aki? Otworzyłam szeroko oczy i wykrzywiłam twarz w wyrazie zdziwienia wszechobecnego. Jego blond (złote bardziej, ale nieważne) włosy podrygiwały przy każdym kroku. Szedł wpatrzony w chodnik i miał na uszach duże słuchawki, a na jego ramieniu dyndała torba. Wzdrygnęłam się widząc jak słabo jest ubrany. Szedł w samych czarnych dżinsach, czarnej bluzie nakładanej przez głowę, skórzanej kurtce i glanach. To wszystko co miał na sobie. Musiało mu być zimno. Widziałam wyraźnie kłęby pary ulatujące do góry. A nie. Mo-ho-ment. Nie. To jednak nie para. No, może w jakimś stopniu, ale większość to zwykły dym. Aki uniósł wzrok i zawiesił go na mnie, zatrzymując się nagle. Z jego wpół otwartych ust wypadł niedopałek i upadł na ziemię. Patrzyliśmy na siebie zdębiali. On? Tutaj? Skąd? W końcu ruszył z wahaniem i roztarł podeszwą glana niedopałek papierosa. Ciężkim krokiem podszedł do ławki. Podsunęłam się robiąc mu miejsce, a on usiadł na nie, rzucając torbę na ziemię. Wyjęłam słuchawki z uszu.
  -Cześć - burknął zdejmując słuchawki.
  -Cześć - mruknęłam, wsadzając nos głębiej w szalik. Spojrzałam na Akiego przez włosy zasłaniające moją twarz i zadrżałam mimowolnie. - Nie jest ci zimno? - spytałam zwracając się ku niemu. 
  -Trochę - mruknął, wciskając się głębiej w bluzę. Po krótkim namyśle ściągnęłam z szyi szalik i podstawiłam Akiemu pod nos. - O co chodzi? - spytał szczerze zdziwiony, a ja opuściłam ramiona zrezygnowana poziomem jego łączenia wątków. 
  -Ja mam ciepłą kurtkę, a ty jesteś debilem. Masz szaliczek - powiedziałam, znów unosząc szalik. Aki pokręcił głową. Moje brwi powędrowały do góry. Podniosłam rękę wyżej. Chłopak znów zaprzeczył. -Nakładaj - warknęłam. Aki naburmuszył się i pokręcił głową. Westchnęłam i wstałam widząc nadjeżdżający autobus. Odwróciłam się gwałtownie i okręciłam szybko szalik wokoło szyi Akiego.
  -Mówiłem, że nie chcę - powiedział wstając i biorąc do ręki swoją torbę. Spojrzałam na niego z byka. Podniósł dłonie do góry w geście pokory. Weszliśmy do autobusu i zajęliśmy miejsca. Aki usiadł obok okna, a ja wzdrygałam się czując powiewy wiatru wpadające przez drzwi otwierające się na przystankach. Zerknęłam za okno. Wszystko przesuwało się tak wolno. Przesunęłam wzrok na Akiego, a ten szybko odwrócił spojrzenie. Wzruszyłam ramionami i skupiłam się na jaskrawych punkcikach, które latały pod moimi zamkniętymi powiekami.
  -Leah. Wysiadamy - powiedział mój towarzysz podróży, potrząsając moim ramieniem. Otworzyłam leniwie oczy i popełzłam do wyjścia. Wyszliśmy z autobusu i uderzył w nas zimny wiatr. Gdyby nie silne ramię Akiego, upadłabym na chodnik. - Uważaj trochę.. - mruknął, pomagając mi odzyskać równowagę. Autobus odjechał, a my poszliśmy do szkoły. Rzuciłam torbę pod ścianę i usiadłam na ziemi. Aki usiadł obok. Zadrżałam przypominając sobie jego wkurzony wzrok.
  -Czasami jesteś straszny - mruknęłam, podciągając kolana do klatki piersiowej i oplatając je ramionami.
  -Każdy czasami jest - powiedział wyciągając ręce przed siebie. Opuścił je na kolana i wpatrzył się w przeciwległą ścianę. Siedzieliśmy tak już kilkadziesiąt  minut i cisza zaczęła mnie męczyć. Usiadłam po turecku i spojrzałam na Akiego. Miał zamknięte oczy, oddychał bardzo spokojnie... Po chwili zorientowałam się, że śpi. Prychnęłam cicho i znów oparłam się plecami o ścianę. Nagle usłyszałam, że ktoś się zbliża. Zignorowałam to i sama usiadłam jak najwygodniej z zamiarem krótkiego zdrzemnięcia się.
  -Coś nie wierzę, że jest taki siny. Tylko takiego udaje, tak jak cała ta banda - słysząc te słowa, zamknęłam oczy i nadstawiłam uszu. - Ale tą laskę, jego siostrę, to bym brał. Przebrać ją w jakieś normalne ciuchy i będzie dobra dupa. 
  -Kto? - usłyszałam drugi głos. 
  -Adrienne - moje serce stanęło. - Ubiera się jak jakaś pani ciemności, ale pewnie chce na siebie tylko uwagę zwrócić. Tak jak zresztą cała ta ich grupka. Zwykli pozerzy, ale ta cała Adrienne jest najgorsza z nich wszystkich.
  Ad jest ładna, lubię ją. Lubię ją tak, jak całą bandę dziwaków. Może szału nie ma, może nie znamy się zbyt długo, ale nie pozwolę, żeby ktoś ich obrażał. Nie na mojej zmianie.
  -Nie dziwię się, że ta suka, Leah, się do nich przyłączyła. Pasują do siebie - stali dokładnie naprzeciwko mnie. Po chwili ciszy, znów się odezwali. - Ty, patrz. To oni - szepnął ze śmiechem.
  -Wyglądają jak para - zaśmiał się drugi.
  -No co ty? Lei nikt nigdy nie zechce. Przecież wszyscy boją się tej pozerki - warknął i podszedł do mnie. Wściekłość już wyciekała ze mnie bokami. Ściskała mnie za serce i zapierała mi dech w piersiach. Poczułam, że chłopak unosi włosy zasłaniające moją twarz.
  -Ej. Stary. Przestań. Obudzisz ją - szepnął drugi. Włosy natychmiast opadły z powrotem na moją twarz. Usłyszałam zgorzkniały rechot.
  -I co mi zrobi? Może i udaje silną, ale to wciąż dziewczyna, a dziewczyny zawsze są słabsze od chłopaków - zaśmiał się. Otworzyłam gwałtownie oczy. Przede mną stał dość szeroki w barach chłopak o czarnych włosach. Rozpoznałam w nim Jasona, klasowe pośmiewisko, grubasa, który skakał do każdego, rugając się jak popadnie. Co najciekawsze - nigdy nie przestawał się uśmiechać.
  -Na podwórko - warknęłam wstając. Jason odwrócił się w moją stronę. Był jeszcze niższy niż mi się wydawało. Uśmiechnęłam się ponuro, widząc jak jego twarz wykrzywia się w wymuszonym uśmieszku. Z jego oczu wyciekały strach i niepewność. Patrzył prosto w moje - emanujące obojętną wściekłością oczy. - Jak masz jakąś sprawę, to chodź na podwórko. Tu są kamery - powiedziałam wkładając ręce do kieszeni kurtki, której nie zdjęłam. 
  -I co ci to da? Dostaniesz po ryju, popłaczesz się i poskarżysz dla pani? - spytał udając twardego. Zaśmiałam się robiąc krok w stronę wyjścia ze szkoły. Podeszłam do drzwi i chwyciłam za klamkę. Odwróciłam głowę do chłopaków.
  -No chodź. Pokaż Kyle'owi jaki z ciebie twardziel, Jason. Może nie zlejesz się w gacie z bólu, tak jak za pierwszym razem - powiedziałam, patrząc na niego z pogardliwym uśmiechem. Chłopak zacisnął zęby kiedy jego kolega zachichotał. - Nie udawaj silnego, tylko obudź mojego kolegę, przeproś go za to co powiedziałeś i po sprawie. Przynajmniej nie przybędzie ci siniaków na mordzie i oszczędzisz sobie wstydu. 
  -Jakiego wstydu? O czym ty pieprzysz, debilko? - zaśmiał się, odrzucając głowę do tyłu, a po chwili spojrzał na mnie z czystą nienawiścią.
  -Dla ciebie to nie wstyd zostać pobitym przez nietrenującą dziewczynę? - spytałam, a w tym momencie Jason zaatakował. Wziął zamach i uderzył. Zatrzymałam jego atak jedną ręką. Pochyliłam lekko głowę i spojrzałam na niego z byka. - Powiedziałam, że jak coś do mnie masz, to chodź na podwórko - warknęłam puszczając pięść chłopaka. Otworzyłam drzwi, a w twarz dmuchnął mi zimny wiatr. Mimo to, skierowałam się pod płot odgradzający szkołę od lasu. Jason poszedł za mną żwawo, ledwo nadążając za tempem moich kroków. - Zanim zaczniemy, powiedz mi jedno. Co do mnie masz? - spytałam odwracając się przodem do chłopaka. Wsadziłam rękę do kieszeni spodni i wygrzebałam stamtąd gumkę do włosów i wsuwki.
  -Jesteś pozerką. Wydaje ci się, że jesteś kimś, ale tak nie jest. W tej szkole to ja rządzę - powiedział biorąc się pod boki, kiedy ja związywałam włosy. Upięłam wyłażące kosmyki wsuwką i spojrzałam rozbawiona na Jasona, który próbował nie trząść się ze strachu.
  -O ile się nie mylę to w tej szkole są sami pozerzy, a największym z nich jesteś ty - powiedziałam uśmiechając się tak szeroko jak tylko pozwoliła mi gojąca się warga. Jason wpadł w furię i zaatakował mnie nagle. Z mojego rozbitego nosa pociekła krew kiedy głowa odskoczyła pod wpływem uderzenia. Wyszczerzyłam zęby prostując głowę i pocierając kark. Wzięłam zamach i uderzyłam. Moja wyschnięta skóra na dłoni pękła, kiedy tylko dotknęła policzka Jasona. Chłopak zachwiał się i upadł. Splunął krwią, siadając na ziemi. Popchnęłam go z powrotem na podłoże i usiadłam na nim okrakiem. Zaczęłam go okładać pięściami gdzie popadło, nie zważając na cichy szloch i błagania tchórza leżącego pod moimi kolanami. Pięści upstrzone były czerwoną, ciepłą krwią, przez którą ślizgały się coraz bardziej, a ja wkurzałam się nie mogąc wymierzyć dokładnego ciosu. W końcu wstałam z chłopaka. Moje zakrwawione pięści piekły niemiłosiernie. Splunęłam na żółknącą powoli trawę, tuż obok głowy Jasona. Odwróciłam się tyłem i już miałam odejść, kiedy usłyszałam piskliwy krzyk. Zaciekawiona zrobiłam w tył zwrot i stanęłam oko w oko z pięścią pokonanego. Pochyliłam lekko głowę, by cios uderzył w łuk brwiowy, zamiast prosto w oko. Złapałam chłopaka za nadgarstek lewą ręką i pociągnęłam go w dół, wbijając kolano w jego brzuch. Otworzył usta w niemym krzyku i opadł na ziemię. Przetoczył się na brzuch i szybko uniósł się na rękach. Zwymiotował sobie prosto na dłonie. Zaśmiałam się głośno i poszłam do szkoły. Przy wejściu spotkałam Kyle'a i powiedziałam mu, że dobrze byłoby zabrać Jasona z podwórka, bo zamarznie biedaczek.
  -Potwór - szepnął Kyle i pobiegł po swojego znajomego. Wzruszyłam ramionami i poszłam po swoją torbę. Kiedy ją podnosiłam, Aki złapał mnie za przedramię, otwierając gwałtownie oczy.
  -Co ci się stało? - spytał widząc krew na moich dłoniach i twarzy. Wzruszyłam ramionami i wyszarpnęłam rękę z uścisku. Poczłapałam do toalety i popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Nie było źle. Warga była nienaruszona. Z nosa krew już przestała lecieć, ale sam kinol trochę spuchł i się zaczerwienił. Z brwią było gorzej. Z powodu uderzenia, moja kość rozcięła od środka skórę, a po oku spływała teraz strużka krwi. Umyłam ręce, czując nieustające pieczenie. Skóra popękała w różnych miejscach na kostkach. Nie zważając na krew na twarzy, otworzyłam torbę i wyjęłam jedno z dwóch opakowań plastrów. Rozwinęłam je i odcięłam kawałek po kawałku. Zakleiłam nimi rany na dłoniach. Podeszłam do lustra i odcięłam stosowną długość plastra. Umyłam twarz z krwi, wytarłam jednorazową chusteczką i zakleiłam ranę na brwi. Spojrzałam ponownie w lustro i dumna z siebie, kiwnęłam głową.
  -Dziecko wojny - zaśmiałam się do siebie. Spakowałam plastry do torby i wyszłam z kibla.
  -Biłaś się - powiedział ktoś zza mnie. Odwróciłam się gotowa do ataku, ale rozluźniłam ciało widząc Akiego opartego o ścianę.
  -Nagroda Nobla for you, geniuszu - zaśmiałam się.
  -Po co to robisz? - spytał podchodząc bliżej. Zaśmiałam się.
  -Zabrzmiałeś, jakbym dawała dupy za działkę.
  -Serio pytam - moja twarz powróciła do poważnego wyrazu. Właśnie. Po co to robię? Przecież mogę udawać zupełnie innego człowieka, mieć znajomych, którzy nigdy nie poznaliby prawdziwej mnie. To co z tego, że i tak nie miałabym z kim gadać o tym co mnie interesuje. Spojrzałam na Akiego z miną wyrażającą 'kpisz sobie ze mnie?'
  -Bo nie chcę nikogo udawać.. - powiedziałam niepewnie z poważną miną. - I żeby przetrwać.

***

Leah napieprza się z facetami, żeby przetrwać.
Ty też zostań bohaterem swojego domu. xD
a tak serio, to moje serce krwawi, bo zmuszona byłam zawiesić MSDW ;______;
ale jeśli nie chcę czegoś spartolić w tej historii, to muszę tak ;_____;
idę płakać do kąta.
idźcie i się bawcie, a ja idę płakać pod kołdrą ;________;
papa ;_;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz